Jazdy po olsztyńskich, niezbyt równych ulicach, nie zmieniły mojego zdania o nowym kia rio. Dostarcza sporo przyjemności, nawet z podstawowym silnikiem. No i przyjemnie jest na nie popatrzeć kiedy już stoi sobie na parkingu.
Nie wiem jak państwo, ale ja kupuję samochody oczami. Kupuję oczywiście w tym sensie, że zyskują u mnie sympatię i wciągam je na listę „ulubione“. A więc nowe rio wciągnąłem na nią, bo zasłużyło. Ma wpadającą w oko sylwetkę. Jest w niej życie i pomysł. A z pewnością nie ma wstydu i pokracznych proporcji. Przy dobrze skonfigurowanej opcji wygląda nawet dynamicznie. I coś wam doradzę przy okazji. Jeśli też kupujecie, ale już fizycznie, auto oczami, to pozwólcie sobie na odrobinę szaleństwa i zamontujcie w rio 16-calowe koła. Wtedy wygląda naprawdę nieźle. Nasza testówka miała 15-calowe i w proporcji do atletycznej sylwetki nadwozia, koła te nieco giną.
Do naszej testowej wersji wyposażeniowej L za trzy tys. zł dostaniecie właśnie wspomniane 16-calówki, ale też i parę ciekawych dodatków w tej cenie, jak skórzaną i podgrzewaną kierownicę, a także podgrzewane fotele. Słowem: gorąca oferta.
Nowe rio zostało stworzone od białej kartki papieru. Na nowej platformie, z nową jakością i standardem wyposażenia. Wystarczy wspomnieć, że już najtańsza wersja ma stabilizację toru jazdy, komplet poduszek, regulowaną w dwóch płaszczyznach kierownicę, komputer pokładowy, czy CD z odtwarzaniem MP3. Jeśli ktoś pamięta miejskie modele tej marki jeszcze sprzed dosłownie kilku sezonów, to pamięta też doskonale, że kie co najwyżej mogły rozpieszczać szybą na pstryczek.
W nowej rio do pełni szczęścia przydałoby się trochę więcej tworzyw miękkich w dotyku. I deska, i boczki drzwi są twarde. Za to sama jazda dostarcza już miłych doznań. Zawieszenie dobrze spisuje się na ulicach z nierównym asfaltem, których w Olsztynie mamy chyba przeważającą większość. Jeśli zawieszenie w aucie ma sztywną charakterystykę, trzęsie. W rio nie trzęsie. Dobrze wybiera nierówności. I mam nadzieję, że tak też pozostanie jeśli ktoś skusi się na namawiane przeze mnie o rozmiar większe felgi, co oczywiście przełoży się na opony o niższym profilu (z 65 na 55).
Największym pozytywnym zaskoczeniem jest jednak silnik. Nie spodziewałem się po nim dosłownie niczego, bo wiem, że podstawowe jednostki w miejskich autach nie są stworzone do zapewnienia jakichkolwiek satysfakcjonujących walorów dynamicznych. A tu miła niespodzianka. Silnik 1,2 ma 85 koni i nawet nie narzekałem (13,1 s do setki, 172 km/h). A już z pewnością nie w mieście. W trasie przeczuwam, że przy obciążeniu czterema pasażerami, dynamiki przy wyprzedzaniach zabraknie. Ale jest coś za coś. Ja w trasie pojechałem sobie przepisowo i płynnie, i auto, które miało przejechane ledwie kilkaset kilometrów, a więc nie ułożone i nie dotarte, a co za tym idzie spalające nieco więcej, spaliło dokładnie fabryczne 4,3 litra. Po kręceniu się w mieście średnia podskoczyła do 5,5. I ten rezultat skłania do małej refleksji, zwłaszcza kiedy akurat mija się stację benzynową z podświetlonymi cennikami za litr 95-ki. Otóż nawet tak zagorzały miłośnik dużych i rozrzutnych aut jak ja, zaczyna doceniać sens posiadania nowoczesnego, ekonomicznego i typowo miejskiego auta do użytkowania na co dzień. Siedzi się w nim wygodnie, nawet wysokiemu z tyłu, bagażnik i tak przewyższa codzienne potrzeby (niecałe 300 litrów). Jest zwinna (choć z nie najlepszą widocznością do tyłu), przyzwoicie wyposażona (nasza testowa wersja kosztuje 45 tys. zł) i do tego ma siedem lat gwarancji. Cóż, czasy się zmieniają. Widzę to nawet po sobie. Zaczęły mi się podobać miejskie kie.
Dodaj komentarz